Dudniło
od grzmotów, wył wiatr,strugi deszczu wypełniały powietrze, fale
jak góry wznosiły się i opadały, a jednak potężny Ling wciąż
zarzucał i wyciągał swój ogromny haczyk na ryby. W końcu przy
wtórze wielu tysięcy wodospadów, z morza powoli wyłonił się
archipelag wysp. Przez wiele wiele lat wyspy stały w nieustannym
ogniu, płonąc żarem pochodzącym ze środka ziemi. Ani deszcze,
ani żaden sztorm nie był w stanie zmniejszyć tej pożogi. Był to
pożar prawdziwej namiętności. Ogień pochodzący z łona planety
zasilał ten potężny spektakl płomieni. W końcu jednak
pozostawiona w samotności królowa, Joni, łono ziemi, opuszczona
przez swego kochanka zaczynała słabnąć, a jej podniecenie ulegało
wypaleniu. Stopniowo żar panujący na wyspie stawał się coraz
mniejszy, lawy rozkoszy przestały wydostawać się z licznych na
wyspach wulkanów, ziemia wiązała się w skały, które stygły i
formowały się pod spadającymi na nie deszczami, a wybrzeża
kształtowały odbijające się o nie fale. Ziemia ucichła.
Skąd
się wzięli pierwsi osadnicy na Archipelagu tego nie wie nikt.
Legend, jak nie trudno się domyślić nie brakuje. Najważniejsze
jest jednak to, że odkryli oni prawdziwe pochodzenie wysp i uznali,
że niezwykłość żyznych ziem, które odnaleźli należy
kultywować.
Wyspiarze
zawsze mają w sobie coś interesującego. Czy są bardziej odważni?
Czy bardziej porywczy? Czy może bardziej znudzeni? Jednak spośród
wszystkich wyspiarzy, Ci zdecydowanie byli najbardziej tajemniczy.
Raz do roku, zawsze kiedy Wenus stała w najwyższym punkcie na
niebie, wypływali na łodziach z sandałowego drewna we wszystkie
strony świata szukać swojego przeznaczenia. Czy łatwo było im
opuszczać te wyspy słodkie i pełne rozkoszy? Zapewne nie, ale
tylko w ten sposób, dobra nowina mogła być niesiona na cały
świat, a wyspa trwać w niezmąconej namiętności, która zasilała
jej roślinność, sprawiała, że źródła tryskały wodą, a
zwierzyna mnożyła się licznie.
Dla
tych uczestników wyprawy, którzy nie osiągnęli szczytu swoich
możliwości i nie dokończyli nauki w Zakonie wciąż pozostawała w
perspektywie szansa powrotu, jeśli tylko znajdą godnego następce.
Zaś dla tych, którzy przeszli najwyższą próbę na kamiennym
malachitowym łożu swojej królowej czekała wielka i namiętna
przygoda w świecie ludzi. Ale słodkie Wyspy raz na zawsze zostały
dla nich zamknięte.
Okręty
o karmazynowych żaglach przemierzały morza i oceany we wszystkich
możliwych kierunkach, które z wysokich masztów wskazywały
rzeźbione w litym drewnie kobiety umiejscowione w orlich gniazdach.
Żeglowali wszędzie tam, gdzie można spotkać młodzieńców o
nieprzeciętnych umiejętnościach i zapale do sprawiania kobietom
rozkoszy. Ale też i takich, których niewinność i skrytość
pobudzała wyobraźnie, a ich wewnętrzny płomień tylko czekał na
rozpalenie. Piraci Archipelagu, nie przebierali w środkach, aby
przyciągnąć do siebie jucznych młodzieńców, a z tymi, których
nie dało się uwieść cennymi kamieniami, obietnicami morskich
podróży i niezliczonych przygód, po prostu uprowadzali i na swych
łodziach wiedli przed oblicze najwyższej kapłanki – królowej
Wysp Minetki. Poza wyławianiem godnych następców i prawdziwych
rzemieślników w swojej dziedzinie, nieustannie trwały poszukiwania
potomka wielkiego Linga. Legenda bowiem mówiła, że kiedy zjawi się
On na wyspie, z dziesiątków wulkanów znów tryśnie lawa, a łona
świata napełni cudna rozkosz, która rozniesie się po całej ziemi
wraz z falami Oceanu Spokoju.
Kiedy
porwani lub znalezieni młodzieńcy znaleźli się już oni na
wyspie, bez najmniejszej straty czasu przystępowali do nauki. Każdy
z nich dostawał do opieki dwie młode kapłanki, którymi należało
się zajmować każdego poranka i wieczoru, w ulubionych godzinach
Wenus. Tylko ten czas był wypełniony świętymi czynnościami, zaś
przez cały pozostały dzień można było dowolnie korzystać z
obfitości wysp i okalających je zatok i cieśnin. Na wyspach nie
brakowało urokliwych miejsc, źródeł krystalicznie czystej wody,
soczystych owoców, ciepłego piasku i kwiatów wonnych, jak nigdzie
indziej. Do swych zacienionych pokojów należało jednak wrócić
przed nocą. Noc należała do królowej. Tylko w nocy opuszczała
swoje kamienne łoże i sprawdzała, jak mają się jej młode
adeptki i nowo przybyli młodzieńcy. Kiedy tylko zechciała
sprawdzała także, którego z nich można zwrócić już światu,
aby niósł Jej dobrą nowinę.
Nauka
trwała najczęściej około dwóch lat. O tym kiedy dany uczeń był
gotowy odejść, decydowała tylko Ona. Nawet jeśli łona jej
kapłanek stawały się przeźroczyste i delikatne jak wnętrza
muszli, i tak każdy młodzieniec musiał wejść do jej komnaty i na
kamiennym, zimnym łożu w kolorze szmaragdów dowieść swoich
sprawności. Sprawić by zimny kamień się zapłonił. Nim
to jednak następowało mijały co najmniej dwa lata sumiennych
ćwiczeń. Każdy poranek i wieczór wypełniały rozkoszne jęki i
pomrukiwania kapłanek, które poddawana były nauką...Nauki
polegały na niczym innym jak na pieszczeniu łon adeptek i
przyszłych kapłanek Wysp Minetki. W miarę praktyk i zdobywania
umiejętności przez młodzieńców, ich łona robiły się coraz
jaśniejsze, coraz słodsze i coraz bardziej delikatne. O szczycie
możliwości minetkowego rzemiosła świadczyły przeźroczyste łona
najwyższych kapłanek.
Korzyści
jak łatwo sobie wyobrazić leżały po obydwu stronach - im łona
były jaśniejsze tym wyższy stopień wtajemniczenia w sztukę
miłości zyskiwały kapłanki, a w miarę tego procesu mężczyźni
zyskiwali na uznaniu i biegłości w swoich zajęciach oraz bliższy
stawał się moment ich błogosławieństwa przez Królową Minetkę.
Wraz z błogosławieństwem zyskiwali dwie możliwości. Mogli albo w
chwale i szacunku przemierzać ziemię robiąc najlepszy możliwy
pożytek ze swojego języka albo wstąpić w szeregi piratów
archipelagu i poszukiwać swoich następców. Kapłanki o
przeźroczystych łonach doznawały zaś wniebowstąpienia, dosłownie
i w przenośni, stawały się samą rozkoszą.
Raz
do roku na Archipelagu Wysp Minetki odbywało się święto. Wszyscy
w radosnym orszaku, suto zakrapianym winem z najdojrzalszych owoców
granatu, wspinali się na najwyższy wulkan, stojący w centralnym
miejscu największej wyspy, gdzie oddając hołd potężnemu Lingowi,
oddawali się też sobie. Dziko i bez pamięci. To był dzień, w
którym wszystkie staranne i pieczołowite rytuały odchodziły w
zapomnienie, a we wszystkich mieszkańców Wysp wstępowała dzika i
nieposkromiona namiętność. To był także dzień, w którym na
świat przychodziły nowe kapłanki. Na tej wyspie rodziły się
bowiem tylko dziewczęta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz