poniedziałek, 13 lipca 2015

Archipelag

Dudniło od grzmotów, wył wiatr,strugi deszczu wypełniały powietrze, fale jak góry wznosiły się i opadały, a jednak potężny Ling wciąż zarzucał i wyciągał swój ogromny haczyk na ryby. W końcu przy wtórze wielu tysięcy wodospadów, z morza powoli wyłonił się archipelag wysp. Przez wiele wiele lat wyspy stały w nieustannym ogniu, płonąc żarem pochodzącym ze środka ziemi. Ani deszcze, ani żaden sztorm nie był w stanie zmniejszyć tej pożogi. Był to pożar prawdziwej namiętności. Ogień pochodzący z łona planety zasilał ten potężny spektakl płomieni. W końcu jednak pozostawiona w samotności królowa, Joni, łono ziemi, opuszczona przez swego kochanka zaczynała słabnąć, a jej podniecenie ulegało wypaleniu. Stopniowo żar panujący na wyspie stawał się coraz mniejszy, lawy rozkoszy przestały wydostawać się z licznych na wyspach wulkanów, ziemia wiązała się w skały, które stygły i formowały się pod spadającymi na nie deszczami, a wybrzeża kształtowały odbijające się o nie fale. Ziemia ucichła.


Skąd się wzięli pierwsi osadnicy na Archipelagu tego nie wie nikt. Legend, jak nie trudno się domyślić nie brakuje. Najważniejsze jest jednak to, że odkryli oni prawdziwe pochodzenie wysp i uznali, że niezwykłość żyznych ziem, które odnaleźli należy kultywować.


Wyspiarze zawsze mają w sobie coś interesującego. Czy są bardziej odważni? Czy bardziej porywczy? Czy może bardziej znudzeni? Jednak spośród wszystkich wyspiarzy, Ci zdecydowanie byli najbardziej tajemniczy. Raz do roku, zawsze kiedy Wenus stała w najwyższym punkcie na niebie, wypływali na łodziach z sandałowego drewna we wszystkie strony świata szukać swojego przeznaczenia. Czy łatwo było im opuszczać te wyspy słodkie i pełne rozkoszy? Zapewne nie, ale tylko w ten sposób, dobra nowina mogła być niesiona na cały świat, a wyspa trwać w niezmąconej namiętności, która zasilała jej roślinność, sprawiała, że źródła tryskały wodą, a zwierzyna mnożyła się licznie.
Dla tych uczestników wyprawy, którzy nie osiągnęli szczytu swoich możliwości i nie dokończyli nauki w Zakonie wciąż pozostawała w perspektywie szansa powrotu, jeśli tylko znajdą godnego następce. Zaś dla tych, którzy przeszli najwyższą próbę na kamiennym malachitowym łożu swojej królowej czekała wielka i namiętna przygoda w świecie ludzi. Ale słodkie Wyspy raz na zawsze zostały dla nich zamknięte.


Okręty o karmazynowych żaglach przemierzały morza i oceany we wszystkich możliwych kierunkach, które z wysokich masztów wskazywały rzeźbione w litym drewnie kobiety umiejscowione w orlich gniazdach. Żeglowali wszędzie tam, gdzie można spotkać młodzieńców o nieprzeciętnych umiejętnościach i zapale do sprawiania kobietom rozkoszy. Ale też i takich, których niewinność i skrytość pobudzała wyobraźnie, a ich wewnętrzny płomień tylko czekał na rozpalenie. Piraci Archipelagu, nie przebierali w środkach, aby przyciągnąć do siebie jucznych młodzieńców, a z tymi, których nie dało się uwieść cennymi kamieniami, obietnicami morskich podróży i niezliczonych przygód, po prostu uprowadzali i na swych łodziach wiedli przed oblicze najwyższej kapłanki – królowej Wysp Minetki. Poza wyławianiem godnych następców i prawdziwych rzemieślników w swojej dziedzinie, nieustannie trwały poszukiwania potomka wielkiego Linga. Legenda bowiem mówiła, że kiedy zjawi się On na wyspie, z dziesiątków wulkanów znów tryśnie lawa, a łona świata napełni cudna rozkosz, która rozniesie się po całej ziemi wraz z falami Oceanu Spokoju.


Kiedy porwani lub znalezieni młodzieńcy znaleźli się już oni na wyspie, bez najmniejszej straty czasu przystępowali do nauki. Każdy z nich dostawał do opieki dwie młode kapłanki, którymi należało się zajmować każdego poranka i wieczoru, w ulubionych godzinach Wenus. Tylko ten czas był wypełniony świętymi czynnościami, zaś przez cały pozostały dzień można było dowolnie korzystać z obfitości wysp i okalających je zatok i cieśnin. Na wyspach nie brakowało urokliwych miejsc, źródeł krystalicznie czystej wody, soczystych owoców, ciepłego piasku i kwiatów wonnych, jak nigdzie indziej. Do swych zacienionych pokojów należało jednak wrócić przed nocą. Noc należała do królowej. Tylko w nocy opuszczała swoje kamienne łoże i sprawdzała, jak mają się jej młode adeptki i nowo przybyli młodzieńcy. Kiedy tylko zechciała sprawdzała także, którego z nich można zwrócić już światu, aby niósł Jej dobrą nowinę.


Nauka trwała najczęściej około dwóch lat. O tym kiedy dany uczeń był gotowy odejść, decydowała tylko Ona. Nawet jeśli łona jej kapłanek stawały się przeźroczyste i delikatne jak wnętrza muszli, i tak każdy młodzieniec musiał wejść do jej komnaty i na kamiennym, zimnym łożu w kolorze szmaragdów dowieść swoich sprawności. Sprawić by zimny kamień się zapłonił. Nim to jednak następowało mijały co najmniej dwa lata sumiennych ćwiczeń. Każdy poranek i wieczór wypełniały rozkoszne jęki i pomrukiwania kapłanek, które poddawana były nauką...Nauki polegały na niczym innym jak na pieszczeniu łon adeptek i przyszłych kapłanek Wysp Minetki. W miarę praktyk i zdobywania umiejętności przez młodzieńców, ich łona robiły się coraz jaśniejsze, coraz słodsze i coraz bardziej delikatne. O szczycie możliwości minetkowego rzemiosła świadczyły przeźroczyste łona najwyższych kapłanek.


Korzyści jak łatwo sobie wyobrazić leżały po obydwu stronach - im łona były jaśniejsze tym wyższy stopień wtajemniczenia w sztukę miłości zyskiwały kapłanki, a w miarę tego procesu mężczyźni zyskiwali na uznaniu i biegłości w swoich zajęciach oraz bliższy stawał się moment ich błogosławieństwa przez Królową Minetkę. Wraz z błogosławieństwem zyskiwali dwie możliwości. Mogli albo w chwale i szacunku przemierzać ziemię robiąc najlepszy możliwy pożytek ze swojego języka albo wstąpić w szeregi piratów archipelagu i poszukiwać swoich następców. Kapłanki o przeźroczystych łonach doznawały zaś wniebowstąpienia, dosłownie i w przenośni, stawały się samą rozkoszą.


Raz do roku na Archipelagu Wysp Minetki odbywało się święto. Wszyscy w radosnym orszaku, suto zakrapianym winem z najdojrzalszych owoców granatu, wspinali się na najwyższy wulkan, stojący w centralnym miejscu największej wyspy, gdzie oddając hołd potężnemu Lingowi, oddawali się też sobie. Dziko i bez pamięci. To był dzień, w którym wszystkie staranne i pieczołowite rytuały odchodziły w zapomnienie, a we wszystkich mieszkańców Wysp wstępowała dzika i nieposkromiona namiętność. To był także dzień, w którym na świat przychodziły nowe kapłanki. Na tej wyspie rodziły się bowiem tylko dziewczęta.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz