piątek, 9 czerwca 2017

some times ago


It’s an easy story.
And ridiculous.

There are things in our life which are unexplained. There are feelings which come to our hearts even if we don't want them; maybe because we don't want them. There are thoughts we prefer to avoid, but they always come back. There are ideas and needs that push us through life; they might be unreasonable, but they are stronger than any rational decision (our will).

One day, not long ago, I got a feeling that dance is what I should do with my life. Absurd in some way, but I went for and into it. 
Since I began this adventure, I: 
attended dance schools
broke my pelvis
stopped dancing
started to dance again
finished undergraduate school
went to another
got expelled
came back
left it
quit dancing
came back
hate it
and love dance again twice as much.

Some time ago I started to realize that dance isn't something I want, it's something I 
need to do. I feel that my soul has danced before. In another incarnation, another time, I danced in another body... And now, I just feel unfulfilled longing to dance. I have to dance,  because it is written deeply in my body's cells, soul and mind...even if I do not want to do it. It is a need of mine. 
I checked it out.
I meditated long hours, took psychedelics and hallucinogens, was under hypnosis; I danced almost into death.  There are always the same pictures coming through my mind.
DANCING. Fuck. Dancing crazy, beautifully, as I have never done and don't think I ever will be able to do. Like a bird, a fish, like an angel. There is PURE MOVEMENT coming to me.  It is unity of body and mind and soul. It is UNITY.




wtorek, 14 lipca 2015

rationalism is fcuking boring


Człowiek rozsądny przystosowuje się do świata; nierozsądny nie ustaje w próbach przystosowania świata do siebie. Zatem cały postęp zależy od ludzi nierozsądnych.


G.B.Shaw

poniedziałek, 13 lipca 2015

Archipelag

Dudniło od grzmotów, wył wiatr,strugi deszczu wypełniały powietrze, fale jak góry wznosiły się i opadały, a jednak potężny Ling wciąż zarzucał i wyciągał swój ogromny haczyk na ryby. W końcu przy wtórze wielu tysięcy wodospadów, z morza powoli wyłonił się archipelag wysp. Przez wiele wiele lat wyspy stały w nieustannym ogniu, płonąc żarem pochodzącym ze środka ziemi. Ani deszcze, ani żaden sztorm nie był w stanie zmniejszyć tej pożogi. Był to pożar prawdziwej namiętności. Ogień pochodzący z łona planety zasilał ten potężny spektakl płomieni. W końcu jednak pozostawiona w samotności królowa, Joni, łono ziemi, opuszczona przez swego kochanka zaczynała słabnąć, a jej podniecenie ulegało wypaleniu. Stopniowo żar panujący na wyspie stawał się coraz mniejszy, lawy rozkoszy przestały wydostawać się z licznych na wyspach wulkanów, ziemia wiązała się w skały, które stygły i formowały się pod spadającymi na nie deszczami, a wybrzeża kształtowały odbijające się o nie fale. Ziemia ucichła.


Skąd się wzięli pierwsi osadnicy na Archipelagu tego nie wie nikt. Legend, jak nie trudno się domyślić nie brakuje. Najważniejsze jest jednak to, że odkryli oni prawdziwe pochodzenie wysp i uznali, że niezwykłość żyznych ziem, które odnaleźli należy kultywować.


Wyspiarze zawsze mają w sobie coś interesującego. Czy są bardziej odważni? Czy bardziej porywczy? Czy może bardziej znudzeni? Jednak spośród wszystkich wyspiarzy, Ci zdecydowanie byli najbardziej tajemniczy. Raz do roku, zawsze kiedy Wenus stała w najwyższym punkcie na niebie, wypływali na łodziach z sandałowego drewna we wszystkie strony świata szukać swojego przeznaczenia. Czy łatwo było im opuszczać te wyspy słodkie i pełne rozkoszy? Zapewne nie, ale tylko w ten sposób, dobra nowina mogła być niesiona na cały świat, a wyspa trwać w niezmąconej namiętności, która zasilała jej roślinność, sprawiała, że źródła tryskały wodą, a zwierzyna mnożyła się licznie.
Dla tych uczestników wyprawy, którzy nie osiągnęli szczytu swoich możliwości i nie dokończyli nauki w Zakonie wciąż pozostawała w perspektywie szansa powrotu, jeśli tylko znajdą godnego następce. Zaś dla tych, którzy przeszli najwyższą próbę na kamiennym malachitowym łożu swojej królowej czekała wielka i namiętna przygoda w świecie ludzi. Ale słodkie Wyspy raz na zawsze zostały dla nich zamknięte.


Okręty o karmazynowych żaglach przemierzały morza i oceany we wszystkich możliwych kierunkach, które z wysokich masztów wskazywały rzeźbione w litym drewnie kobiety umiejscowione w orlich gniazdach. Żeglowali wszędzie tam, gdzie można spotkać młodzieńców o nieprzeciętnych umiejętnościach i zapale do sprawiania kobietom rozkoszy. Ale też i takich, których niewinność i skrytość pobudzała wyobraźnie, a ich wewnętrzny płomień tylko czekał na rozpalenie. Piraci Archipelagu, nie przebierali w środkach, aby przyciągnąć do siebie jucznych młodzieńców, a z tymi, których nie dało się uwieść cennymi kamieniami, obietnicami morskich podróży i niezliczonych przygód, po prostu uprowadzali i na swych łodziach wiedli przed oblicze najwyższej kapłanki – królowej Wysp Minetki. Poza wyławianiem godnych następców i prawdziwych rzemieślników w swojej dziedzinie, nieustannie trwały poszukiwania potomka wielkiego Linga. Legenda bowiem mówiła, że kiedy zjawi się On na wyspie, z dziesiątków wulkanów znów tryśnie lawa, a łona świata napełni cudna rozkosz, która rozniesie się po całej ziemi wraz z falami Oceanu Spokoju.


Kiedy porwani lub znalezieni młodzieńcy znaleźli się już oni na wyspie, bez najmniejszej straty czasu przystępowali do nauki. Każdy z nich dostawał do opieki dwie młode kapłanki, którymi należało się zajmować każdego poranka i wieczoru, w ulubionych godzinach Wenus. Tylko ten czas był wypełniony świętymi czynnościami, zaś przez cały pozostały dzień można było dowolnie korzystać z obfitości wysp i okalających je zatok i cieśnin. Na wyspach nie brakowało urokliwych miejsc, źródeł krystalicznie czystej wody, soczystych owoców, ciepłego piasku i kwiatów wonnych, jak nigdzie indziej. Do swych zacienionych pokojów należało jednak wrócić przed nocą. Noc należała do królowej. Tylko w nocy opuszczała swoje kamienne łoże i sprawdzała, jak mają się jej młode adeptki i nowo przybyli młodzieńcy. Kiedy tylko zechciała sprawdzała także, którego z nich można zwrócić już światu, aby niósł Jej dobrą nowinę.


Nauka trwała najczęściej około dwóch lat. O tym kiedy dany uczeń był gotowy odejść, decydowała tylko Ona. Nawet jeśli łona jej kapłanek stawały się przeźroczyste i delikatne jak wnętrza muszli, i tak każdy młodzieniec musiał wejść do jej komnaty i na kamiennym, zimnym łożu w kolorze szmaragdów dowieść swoich sprawności. Sprawić by zimny kamień się zapłonił. Nim to jednak następowało mijały co najmniej dwa lata sumiennych ćwiczeń. Każdy poranek i wieczór wypełniały rozkoszne jęki i pomrukiwania kapłanek, które poddawana były nauką...Nauki polegały na niczym innym jak na pieszczeniu łon adeptek i przyszłych kapłanek Wysp Minetki. W miarę praktyk i zdobywania umiejętności przez młodzieńców, ich łona robiły się coraz jaśniejsze, coraz słodsze i coraz bardziej delikatne. O szczycie możliwości minetkowego rzemiosła świadczyły przeźroczyste łona najwyższych kapłanek.


Korzyści jak łatwo sobie wyobrazić leżały po obydwu stronach - im łona były jaśniejsze tym wyższy stopień wtajemniczenia w sztukę miłości zyskiwały kapłanki, a w miarę tego procesu mężczyźni zyskiwali na uznaniu i biegłości w swoich zajęciach oraz bliższy stawał się moment ich błogosławieństwa przez Królową Minetkę. Wraz z błogosławieństwem zyskiwali dwie możliwości. Mogli albo w chwale i szacunku przemierzać ziemię robiąc najlepszy możliwy pożytek ze swojego języka albo wstąpić w szeregi piratów archipelagu i poszukiwać swoich następców. Kapłanki o przeźroczystych łonach doznawały zaś wniebowstąpienia, dosłownie i w przenośni, stawały się samą rozkoszą.


Raz do roku na Archipelagu Wysp Minetki odbywało się święto. Wszyscy w radosnym orszaku, suto zakrapianym winem z najdojrzalszych owoców granatu, wspinali się na najwyższy wulkan, stojący w centralnym miejscu największej wyspy, gdzie oddając hołd potężnemu Lingowi, oddawali się też sobie. Dziko i bez pamięci. To był dzień, w którym wszystkie staranne i pieczołowite rytuały odchodziły w zapomnienie, a we wszystkich mieszkańców Wysp wstępowała dzika i nieposkromiona namiętność. To był także dzień, w którym na świat przychodziły nowe kapłanki. Na tej wyspie rodziły się bowiem tylko dziewczęta.



trochę długie, ale warto. Nauki do Juana

"Tym sposobem napotykamy naszego pierwszego naturalnego wroga - strach! Straszny to wróg: zdradziecki. Czai się za każdym zakrętem drogi, czekając w ukryciu. A jeśli człowiek ulęknie się jego obecności i ucieknie, wróg położy kres jego poszukiwaniom.
Jaka jest możliwość pokonania strachu?
Nie wolno mu uciec. Trzeba rzucić wyzwanie lękowi i wbrew niemu zrobić następny krok, a potem jeszcze i jeszcze jeden. Nadejdzie chwila, kiedy pierwszy wróg się cofnie. Człowiek zaczyna wówczas nabierać pewności siebie. jego zamiary zyskują na sile, a nauka przestaje być zadaniem wywołującym przerażenie.
Skoro człowiek pokona strach wyzwala się od niego na całe życie, bo miejsce strachu zajmuje w nim jasność umysłu, która unicestwia lęk. Odtąd człowiek zna swoje pragnienia, wie jak je zaspokoić. Potrafi przewidzieć kolejne etapy nauki i widzi wszystko z przenikliwą jasnością. Doznaje uczucia, że nic nie jest przed nim zakryte.

Tym sposobem napotyka drugiego wroga - jasność!  Owa jasność umysłu, która tak trudno osiągnąć, usuwa lęk,lecz także zaślepia. Zmusza człowieka, żeby nigdy w siebie nie wątpił. Obdarza go pewnością, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych, gdyż potrafi wszystko przeniknąć. Jest odważny, bo jest przenikliwy. Nic go też nie powstrzyma, bo widzi jasno. Ale to błąd, jeśli człowiek podda się iluzorycznej potędze, ulegnie swemu drugiemu wrogowi i zamiast gnać, będzie się ociągał. Będzie się cackał z nauką, aż w końcu straci zdolność od uczenia się czegokolwiek więcej.
Taki człowiek zamienia się w nadętego wojownika lub błazna, ale jasność umysłu, za którą tak słono zapłacił nie przekształci się nigdy w strach i ciemność. Do końca zachowa swą przenikliwość, ale niczego się już nie nauczy, niczego nie będzie żarliwie pragnął. Wówczas, aby pokonać drugiego wroga, należy rzucić wyzwanie swojej przenikliwości, korzystając z niej tylko w patrzeniu na świat, cierpliwie czekać i odmierzać starannie każdy krok. Przede wszystkim powinien zaś uważać, że jego przenikliwość to tylko punkcik w zasięgu wzroku. W ten sposób pokona drugiego wroga i znajdzie się w położeniu, gdzie nic nie będzie mu zagrażać. Nie będzie to błędem, to nie będzie jedynie punkcik w zasięgu wzroku, to będzie prawdziwa moc.

Doszedłszy do tego punku, zorientuje się, ze znalazł się w posiadaniu mocy, do której dążył od tak dawna. Może z nią począć cokolwiek zechce. Ma sprzymierzeńca do dyspozycji. Jego wola jest prawem. Widzi wszystko, co go otacza, ale napotkał również trzeciego wroga - moc.

Moc jest najpotężniejsza z wrogów człowieka. Człowiek na tym etapie właściwie nie dostrzega,  że znalazł się w okrążeniu wroga. Raptem, nic o tym nie wiedząc, przegra całą bitwę, a wróg uczyni z niego kapryśnego okrutnika.
-Czy utraci są moc?
-Nie, nie utraci nigdy ani przenikliwości ani swej mocy.
-Czym zatem będzie się różnił od człowieka wiedzy?
-Człowiek pokonany przez moc umiera nie dowiedziawszy się właściwie, jak się z nią obchodzić. Moc jest jedynie brzemieniem ciążącym na jego losie. Taki człowiek nie jest panem samego siebie i nie wie kiedy, i jak użyć swojej mocy.
- W jaki sposób można pokonać trzeciego wroga Don Juanie?
-Trzeba mu się z rozmysłem przeciwstawić.Trzeba sobie uświadomić, że moc nad którą człowiek rzekomo zapanował, w rzeczywistości nigdy nie stanowi jego własności. Cały czas człowiek musi się bardzo pilnować, wykorzystując z wielką ostrożnością i starannością wszytsko, czego się nauczył. Jeżeli zrozumie, że jasność umysłu i moc, który mnie towarzyszy panowanie nad sobą, są gorsze od błędu, dojdzie do punktu, w którym nic nie wymknie się spod kontroli. Tym sposobem zada klęskę swojemu trzeciemu wrogowi.

Wówczas znajdzie się on u kresu swej wyprawy po wiedzę, jednocześnie zaś, właściwie bez ostrzeżenia, napotka ostatniego ze swych wrogów - starość. Jest tow róg najbardziej okrutny , którego nigdy nie da się pokonać całkowicie, można tylko odpierać jego ataki. Człowiek nie odczuwa już więcej lęku, nie trapią go żadne obawy ani niecierpliwa jasność umysłu - sprawuje pełną kontrolę nad swą mocą, jednocześnie zaczyna odczuwać przemożne pragnienie odpoczynku. Jeśli podda się pragnieniu, by położyć się i zapomnieć o wszystkim, jeśli pofolguje swojemu zmęczeniu, przegra ostatnią rundę a ciosy wroga uczynią zeń słabiutkiego starowinę. Pragnienie wycofania się weźmie górę nad całą jego przenikliwością, mocą i wiedzą. Jeśli jednak ów człowiek otrząśnie się ze zmęczenia i mężnie zniesie swój los do samego końca, zasługiwał wówczas będzie na miano człowieka wiedzy, choćby przez krótką chwilę zwycięstwa w odpieraniu ataków swego ostatniego niezwyciężonego wroga.

I ta chwila jasności umysłu, mocy i wiedzy - wystarczy.


poniedziałek, 9 marca 2015

lepsze jest wrogiem dobrego



W mitologii indyjskiej istnieje opowieść o Parwati, córce króla Himalajów.

W owym czasie władze nas światem zagarnął srogi tyran imieniem Taraki, a z tronu wg przepowiedni strącić go mógł jedynie potomek Najwyższego Boga Śiwy.Śiwa był wzorcem jogina i cały czas spędzał w odosobnieniu, pogrążony w głębokiej medytacji, było więc absolutnie niemożliwe, aby jakakolwiek kobieta była zdolna go nakłonić, bay począł z nią syna. Parwati postanowiła zmienić bieg rzeczy, dorównując Śiwie w medytacji. Z dala od ludzi, w samotności, wycofała się w głąb swej duszy. Wyrzekła się pożywienia ubioru i siedziała nago w palących promieniach słońca, wzmagając jeszcze lejący się z nieba żar upałem czterech rozpalonych wokół siebie ognisk, po jednym z każdej ze czterech stron świata. Jej piękne niegdyś ciało wyschło na wiór, przez spaloną i pomarszczoną skórę można było zobaczyć kości. Wilgotne, łagodne oczy płonęły wewnętrznym żarem.

Pewnego dnia na tej pustyni pojawił się młody bramin. Zapytał ją dlaczego niszczy tak piękne ciało, takimi mękami.

- Moim pragnieniem - odparła - jest Śiwa, Najwyższy Cel. Śiwa jest bogiem samotności i niewzruszonego skupienia. Właśnie dlatego, chcąc poruszyć go, wytrącić ze stanu równowagi i wzbudzić w nim miłość do mnie, poddaje się tej surowej ascezie.

- Śiwa- odparł młodzieniec - jest bogiem zniszczenia. Śiwa jest tym, który unicestwia świat. Sprawia mu rozkosz medytowanie na miejscach grzebalnych, wśród fetoru rozkładających się zwłok. Siedzi tam zgniliznę śmierci, która jest odpowiednim widokiem dla jego oczu i miła jego pałającemu żądzą niszczenia sercu. Naszyjnik Śiwy tworzą żywe węże. Co więcej,Śiwa jest nędzarzem i nikt nie wie nic o jego urodzeniu.

Parwati rzekła na to:
- Przekracza on zdolność pojmowania kogoś takiego jak ty. Jest nędzarzem, ale też źródłem bogactwa, jest przerażający, ale jest królem łaski, a naszyjnik z węży czy klejnotów może zakładać kiedy tylko zachce. I jak mógłby się narodzić, skoro jest stwórcą niestworzonego! Śiwa jest moją miłością.

Na te słowa młodzieniec porzucił przebranie i stanął przed nią Śiwa we własnej osobie.